
Krzyś Muszyński wciągnął mnie w świat AR kilka lat temu i od tego czasu startuję w nich regularnie – czyli raz do roku. Tym razem namówił mnie na nowe wydarzenie na rajdowej mapie Polski, czyli Piast Challenge. Oczywiście wybraliśmy dystans najdłuższy, żeby złotówki na kilometr się zgadzały. Zapraszam więc na przydługą relację z trasy AR Profi z punktu widzenia żółtodzioba.
Przed samym startem sporo czasu spędziliśmy na przygotowaniach sprzętu. Organizator nie zapewniał transportu przepaków na Strefy Zmian (można było tylko zostawić niepotrzebny sprzęt w trakcie rajdu), przez co musieliśmy zagrać w prawdziwe logistyczne szachy 3D. Dwa kaski (jeden na rower, drugi na rolki czekający w bazie), wodoodporne ciuchy i drybag na kajak, suche skarpetki, spodenki z pieluchą zakładane na spodnie biegowe – to tylko kilka z patentów, które miały pomóc nam urwać cenne sekundy i zapewnić komfort na trasie.
Do Bazy Zawodów przyjeżdżamy w piątek po zmroku. Oboje zniszczeni trudami tygodnia, szybko zdajemy sobie sprawę, że to nie jest „nasz dzień”. Nie pomaga ani drzemka, ani czisburger z frytkami ze Złotych Łuków. Spinamy jednak poślady, pakujemy sakwy, smarujemy wszystko co się da Sudocremem i udajemy się na prolog.
PROLOG
Wybija godzina 23:00 i rozpoczynamy rajd bardzo ciekawym zadaniem: należy ułożyć mapę z kawałków, a następnie na podstawie pytań prawda/fałsz określić, które trzy punkty z sześciu zaznaczonych na mapie trzeba zaliczyć. Wydaje się proste, prawda? Szybko układamy więc mapę jak niżej i uznajemy, że chrzest Polski faktycznie miał miejsce w 996 roku.

Chwilę później przychodzi jednak otrzeźwienie. Układamy mapę jak trzeba, Piast Gliwice mistrzem Polski i ruszamy po 2, 4 i 5. Jak się okazuje, niewiele zespołów rozdzieliło się tak jak my, co mimo późnego wyjścia z bazy ostatecznie daje nam małą przewagę po pierwszym etapie.

ETAP 1 – ROWER

Zaraz po ruszeniu z bazy rozkręca się przepiękna, wiosenna burza. W kilka chwil jesteśmy cali przemoczeni, pioruny oświetlają nam drogę, a leśne drogi zamieniają się w potoki. Wiemy, że najmocniejsi jesteśmy na rowerach (Krzyś: tylko w jednej konfiguracji – Piotr na prowadzeniu przez 100km, a ja próbuję odpowiednio głośno wykrzyczeć „wolniej” kiedy już nie daję rady), więc nasza taktyka jest prosta – gdzie się da wybieramy warianty asfaltowe. R1, R2, R3 idą gładko, niestety popełniamy błąd przy R4. Przeprawiamy się przez strumień i zawracamy uznając, że nie przebijemy się przez krzaki do drogi. Straciliśmy przez to czas, co pomogło trzem zespołom nas dogonić (im krzaki nie były straszne).
ETAP 2 i 3– KAJAK

Zostawiamy rowery, chwytamy sakwę z ciuchami na kajak i ruszamy na czterokilometrowy bieg. Przed kajakiem na przemoczone ubrania zakładamy wodoodporne spodnie i kurtki wiedząc, że ciepło to już było. Wypływamy peletonem złożonym z czterech zespołów (Trailteam 1 i 2 oraz Lewy Team). W końcu jest czas zjeść, więc wiosłujemy z Krzysiem na zmianę, żeby nie stracić kontaktu z grupą. Przez większość czasu emocje jak na rybach i to dosłownie – kilka kamikaze-uklejek wskakuje nam do kajaku. Skok tętna zapewnia nam jedynie startujący łabędź, przed którym Krzyś musiał zrobić unik jak Neo z Matrixa. Po K3 odpalamy naszą tajną broń – termos z kawą (6x espresso). Przy tej ilości kofeiny nawet czołówki okazują się zbędne.
ETAP 4 – ZADANIE SPECJALNE, BIEG MIEJSKI

Zadanie z wykrywaczem metalu idzie nam bardzo sprawnie. Zrzucamy niepotrzebny sprzęt i chwytamy mapę na miejski etap biegowy. Organizator próbował nas przechytrzyć przygotowując mapę w odbiciu lustrzanym, jednak my mamy w sobie śmiertelne dawki kofeiny, przez co nasze mózgi pracują na 200%. Niezła próba, Organizatorze! Trzemeszno obiegamy ekspresowo.
ETAP 5 – BIEG

Przed nami fizycznie największe wyzwanie i etap, który może mocno zamieszać w stawce. Tylko połowa naszego zespołu potrafi szybko biegać na długich dystansach, dlatego postawiamy ścinać gdzie tylko się da. Pierwsze epickie ścięcie zaliczamy już zaraz za Trzemesznem. Niestety kanał, który planowaliśmy przeskoczyć, okazuje się świeżo pogłębiony i poszerzony. Powrót i obiegnięcie to za duża strata – mimo wszystko podejmujemy próbę przeskoczenia. Żaden z nas nie doskakuje do drugiego brzegu i lądujemy w wodzie. Próby organoleptyczne sugerują, że w kanale płynie nie tylko woda. Cytując klasyka z filmu Interstellar: „ten mały manewr będzie nas kosztował 50 lat”. Narzucamy więc sobie mocniejsze tempo, żeby odrobić stracony czas. Za punktem 5 znikamy konkurencji z oczu.
Nigdy nie pytaj kobiety o wiek, mężczyzny o jego zarobki i Krzysia, czemu zespół Poco Loco zatrzymał się przy punkcie szóstym. Konkurencja znów ma nas w zasięgu wzroku i regularnie spotykamy się przy kolejnych punktach.
Końcówka etapu 5 to BnO z 14 punktami. Zaliczamy je bez większych trudności, zgodnie z planem ułożonym przed startem.
ETAP 6 – ZADANIE SPECJALNE, ROLKI
Strzelanie z ASG. Latało się z pistoletem po krzakach za dzieciaka, biorę się więc za to zadanie, a Krzyś organizuje mapy na kolejne etapy. Niestety nie trafiam wymaganej ilości razy i dostajemy karne okrążenie z 20-kilogramowym obciążeniem. Jako były posiadacz kałduna taktycznego nie miałem z tym problemu, przyjąłem to z godnością.

Na rolki ruszamy z 8 minutami przewagi nad Trailteamem 1 i 2. Ze względu na to, że tą relację mogą czytać dzieci, powiem tylko krótko, że byliśmy ZASKOCZENI jakością asfaltu. Myślę, że jeszcze rok, dwa bez remontu i będzie można tę drogę zakwalifikować jako drogę gruntową. Krzyś dzielnie znosi moje narzekanie i z kilkoma minutami straty docieramy do Strefy Zmian B, gdzie czekają nas przesiadka na ostatni etap, na szczęście rowerowy.
ETAP 7 – ROWER
Zmieniamy mokre ciuchy na mokre i odgruzowujemy nasze rowery po nocnej ulewie. Ruszamy bynajmniej nie z piskiem opon, ale z piskiem zapieczonych napędów i bierzemy się za pościg. Trailteamy spotykamy już przy R5, gdzie trwa akurat żarliwa dyskusja z lokalnym rolnikiem. Aby dostać się do punktu, należało przedostać się przez jego pole. Droga, która widniała na mapie, została przez niego zaorana. Szybko daje nam do zrozumienia co myśli o nas i o naszym rajdzie. Trzeba przyznać, że miał mocne argumenty – kilka wiader z kamieniami. Poinformowaliśmy organizatora o zajściu i za jego zgodą ruszyliśmy dalej już w jednej grupie.
Zaczyna się moja ulubiona część – testowanie konkurencji. Jedziemy w grupie trzech zespołów wiedząc, że to między nami rozegra się ostateczna walka o wygraną. Kilka krótkich zaciągów i już wszyscy wiemy, że łatwo się siebie nie pozbędziemy. Kolejne kilometry pokonujemy razem w żwawym tempie. Wiatr dość mocno daje popalić, jednak peletonowa współpraca układa się dobrze. Po R6 decydujemy się solidarnie na 5 minut przerwy na jedzenie, w nogach czuć już było nadchodzącą bombę. Mijamy R8, wjeżdżamy na asfalt i znów jedziemy pod wiatr. Czuję, że to dobry moment, więc mówię „sprawdzam” i wrzucam ząbek niżej. Grupa zaczyna się bardzo szybko rwać, coraz trudniej znów nam się zjechać w grupę. Dojeżdżamy do R9 dość mocno rozciągnięci, rzucam więc Krzysiowi krótkie „jedziemy” i… jedziemy. Udaje nam się dość sporo odjechać, teraz pozostaje się pilnować, żeby nie popełnić błędu nawigacyjnego. Wybieramy jak najprostsze i najbezpieczniejsze warianty. Przy R11 mamy już około 5 minut przewagi. Trzymamy mocne, równe tempo i dojeżdżamy do mety z przewagą około 13 minut.
PODSUMOWANIE

Uważam, że debiutujący Piast Challenge okazał się strzałem w dziesiątkę. Organizatorzy ułożyli świetną trasę w przepięknej okolicy. Etapy były wymagające fizycznie, mapy czytelne i dobrze odwzorowane, a pogoda jak na początek kwietnia perfekcyjna. Brakowało nam trochę przepaków na strefach zmian, ale z drugiej strony był to element dodatkowo utrudniający rywalizację. Dziękuję Krzysiowi za udany start i jego niesamowicie skuteczną nawigację, a zespołom Trailteam za emocjonującą rywalizację. Do zobaczenia za rok!